Kolorowe liście znaczą tyle, co barwne pasy na twarzy Indianina: siłę i gotowość do walki.

  Barwnymi liśćmi drzewa manifestują gotowość do walki z nękającymi je owadami. To puenta ostatniej pracy dwóch Brytyjczyków, zmarłego w ubiegłym roku wybitnego ewolucjonisty Williama Hamiltona i zoologa Sama Browna, opublikowanej w Proceedings of Royal Society nr 268/2001.

  To szokujące wnioski, bo zgodnie z dotychczasową wiedzą jesienny pokaz kolorów to nic innego jak objaw starzenia. Wiosną i latem, gdy każdy liść pełną parą produkuje cukry, drzewa są soczyście zielone. Swoją barwę zawdzięczają chlorofilowi. Pod koniec lata coraz krótsze dni są sygnałem, że zbliża się martwy sezon.

  Jesienią spada na ziemię kilka miliardów ton liści. Zanim spadną, przybierają ogniste barwy. Najpierw między liściem a gałęzią pojawia się warstwa komórek odcinająca dostawę składników pokarmowych. Liść blednie, nie mogąc odbudować rozkładającego się pod wpływem światła chlorofilu. Wówczas ujawniają się obecne w liściu karotenoidy, trwalsze od chlorofilu żółte i pomarańczowe pigmenty, skutecznie do tej pory przez niego maskowane.

  Warstwa odcinająca przerywa też odpływ cukrów, które jeszcze w liściach powstają, choć w coraz mniejszych ilościach. Z tych cukrów niektóre gatunki drzew produkują nowe pigmenty - antocyjany. To one powodują, że żółknące korony drzewa stają się czerwone. Te ciekawe barwniki zmieniają kolor od fioletu do intensywnej purpury, w zależności od pH soku komórkowego, w którym są rozpuszczone. Poza liśćmi występują także w kwiatach i owocach (na przykład winogronach i jabłkach). Do ich powstania potrzebne jest światło. Dlatego jabłka są rumiane tylko z jednej - słonecznej strony, a ich zacieniona część pozostaje zielona.
  Tyle na temat jesiennych kolorów mówi fizjologia roślin. Tłumaczy ona wprawdzie DLACZEGO liście żółkną, nie wyjaśnia jednak PO CO przyroda funduje nam u schyłku lata tak efektowny barwny spektakl.
  Wróćmy więc do hipotezy Hamiltona i Browna. Starali się oni odpowiedzieć na dwa pytania: dlaczego niektóre drzewa są intensywnie żółte lub czerwone, a rosnące niedaleko te same gatunki wyglądają jak ich sprane i wypłowiałe kopie?
  Czy produkcja antocyjanów na wielką skalę tuż przed śmiercią liści to bezsensowne marnotrawstwo, czy ostatni wysiłek dla jakiejś tajemniczej korzyści?
  Według naukowców kluczem do tej zagadki jest fakt, że barwa i zapach to główne media, za pomocą których rośliny porozumiewają się z roślinożernymi owadami. Drobiazgowe śledztwo dało obiecujący wynik - dokładnie w czasie przebarwiania się liści mszyce poszukują miejsca do przezimowania lub złożenia jaj, z których na wiosnę wylęgną się zastępy larw głodnych ich roślinnego soku. Mszyce są niewielkie, ale mają nienasycony apetyt. Są bardzo wybredne. Poszukując żywiciela, kierują się kolorem, gdy warunki jeszcze na to pozwalają. Porównanie 262 gatunków drzew ujawniło, że te o liściach soczyście żółtych lub czerwonych są nękane przez największą liczbę gatunków mszyc.
  Elementy układanki zaczęły do siebie pasować - rośliny, które mają dużo do stracenia, inwestują najwięcej w produkcję barwnego sygnału. Wśrod najbardziej poszkodowanych drzew znalazły się klony. Niektóre z ich gatunków na jesieni stroją się w złoto, a inne w purpurę.
  Roślina, której liście szybciej się przebarwiają i mają intensywniejszy kolor niż u innych klonów z tego samego gatunku, ponosi spore koszty. Czerwona barwa wymaga inwestycji w duże ilości nowych substancji, a żółta oznacza przerwanie fotosyntezy. Drzewo, które żółknie pierwsze, zachowuje się jak człowiek wyrzucający pieniądze przez okno. Przerywając fotosyntezę, afiszuje się zamożnością. Mszyca powinna odczytać to jako sygnał: "Ten klon jest silny. Skoro może dużo poświęcić na zabarwienie liści, to na wiosnę nie podda się łatwo. Jego sok może mi zaszkodzić, bo zatruje go różnym paskudztwem. Pewnie trudno mi będzie dobrać się również do liści, gdyż będą grubsze i twardsze niż u słabszego, mniej kolorowego sąsiada".
  Hamilton i Brown nie sprawdzili, czy rzeczywiście mszyce omijają najżywiej wybarwione drzewa. Ale nawet jeśli ich hipoteza okaże się niewypałem, w niczym nie umniejszy to uroku październikowych drzew, których uroda zależy również od pogody. Jesienne chłody przyspieszają rozpad chlorofilu. Temperatury nieco powyżej zera sprzyjają produkcji antocyjanów. Intensywne słońce ma podobny efekt - niszczy zieleń i czerwieni liście. Brak opadów zwiększa stężenie cukrów i w efekcie także ilość antocyjanów. Miłośnikom barwnych jesieni należy życzyć suchego, słonecznego i chłodnego października.
STRONA GŁOWNA

artykuł pochodzi z czasopisma: "Wiedza i życie" nr 10/01
zdjęcie pochodzi z internetu: http://syc.republika.pl/jesien_z.htm